Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 listopada 2021

W osiemdziesiąt miejsc dookoła aglomeracji - początek

Górnośląski Park Etnograficzny
Wspomniałem o tym na facebooku, twitterze i instagramie - moim marzeniem jest wybrać się w podróż koleją dookoła Polski. Nie głównymi szlakami ale tymi lokalnymi, które jeszcze się ostały, od miasteczka do miasteczka, ode wsi dode wsi. Pobyć w każdym z tych miejsc przez jakiś czas, pogadać z ludźmi, zwiedzić dokładnie i napisać reportaż z tej podróży...

Chwilowo (mam nadzieję) to marzenie musi poczekać, roboty rzucić nie mogę a trzy tygodnie urlopu to stanowczo za mało by je zrealizować. Ale nie poddaję się, zrealizuję je na pewno, tymczasem zaś postanowiłem objechać moją rodzimą Aglomerację Górnośląską (wiem, że  to konurbacja, ale wolę słowo aglomeracja) wybierając subiektywnie osiemdziesiąt miejsc moim zdaniem najważniejszych. Tych, które opowiadają jej historię, oddają klimat przemysłowego regionu, charaktery mieszkańców i mają to coś, czego nigdzie indziej w Polsce czy na świecie odnaleźć nie można. Pisząc w skrócie szukam genius loci, ducha tego miejsca by z nim pogadać a przede wszystkim posłuchać jego opowieści.

Długo się zastanawiałem co wybrać, od czego zacząć. Nie miałem kompletnie pomysłu aż wreszcie wpadło mi do głowy - no jak to od czego? Od Początku! Pokaż chłopie jak tutaj żyli ludzie zanim wielki przemysł całkowicie zmienił ich świat. To był pomysł świetny (ocierający się, że tak nieskromnie powiem, o geniusz) zatem wsiadłem w tramwaj i pojechałem do Chorzowa, do Górnośląskiego Parku Etnograficznego czyli popularnego Skansenu. Bilet wstępu to tylko dwanaście złotych polskich a w zamian... brama, po przekroczeniu której człowiek trafia do całkiem innego świata. Tu nie ma ruchliwych ulic, galerii handlowych, modnych knajpek i całego tego gwaru wielkiego miasta otaczającego nas na codzień. Są za to drewniane chałupy otoczone, czasem krzywymi, płotami, są zwierzęta, jest kościół (działający, odbywają się w nim msze święte), jest protestancki zbór (też działa) i jest karczma. A  w karczmie jadło takie, że gacie zrywa, powiedzieć bombowe to nic nie powiedzieć - po prostu jak u Babci. Powiem Wam, że brakuje mi tutaj tylko jednego - możliwości wynajęcia którejś z chałup, zamieszkania w niej i zostania na dłużej. Takie wczasy z podróżą w czasie to by było naprawdę coś, ale rozumiem, że się nie da. Szkoda bardzo wielka. Chociaż może dałoby się postawić jedną czy dwie repliki dawnych chałup i zrobić w nich maleńkie pensjonaty? Rzecz do przemyślenia dla dyrekcji muzeum, ja ze swojej strony deklaruję, że byłbym jednym z pierwszych klientów/gości. 

Włóczyłem się po skansenie dobrych parę godzin, wstąpiłem do kościoła, zjadłem rewelacyjny bigos w karczmie i czuję potężny niedosyt. I mimo, że pogoda była (delikatnie mówiąc) dość kiepska to byłem przez ten czas człowiekiem szczęśliwym, oderwanym od codziennej krzątaniny i gonitwy za życiowymi potrzebami. Uwielbiam to miejsce i polecam każdemu kto nie bardzo ma ochotę siedzieć na tyłku gnuśniejąc na wczasach typu all inclusive a woli spędzać czas bardziej produktywnie. Tutaj naprawdę można odpocząć, naładować akumulatory a przy okazji połknąć solidną dawkę wiedzy o tym jak żyli nasi przodkowie zanim zaczęli pracować w kopalniach, hutach czy innych fabrykach. I, chociaż na chwilę, do tych czasów wrócić. A może nawet spotkać swojego dziadka krzątającego się po kuźni czy po młynie? Kto wie, odrobina wyobraźni to najlepszy motor do przygody...

A wracając do mojego zaplanowanego cyklu - miejsc będzie osiemdziesiąt i będę je wybierał właśnie według tego kryterium - historia i klimat. Jakie będzie kolejne jeszcze nie wiem, mam kilka typów ale może Wy coś podpowiecie? Do przeczytania zatem za tydzień!

niedziela, 14 listopada 2021

Moje małe, lokalne Mazury

Zespół Przyrodniczo - Krajobrazowy Żabie Doły

W uszach brzmi cisza zakłócana jedynie pluskiem fal i szumem wiatru w resztkach żółtych liści. Słoneczko przygrzewa przebijając się przez delikatny płaszcz chmur i listopadowy ziąb z czego skwapliwie korzystają łabędzie wypatrując ludzi podrzucających im wałówkę. Gdzieniegdzie wędkarze wypatrują zdobyczy a ja sobie siedzę chłonąc tę atmosferę, starając się zgromadzić jej zapas na długie, zimowe dni.

Zespół Przyrodniczo - Krajobrazowy Żabie Doły na styku trzech miast: Bytomia, Chorzowa i Piekar Śląskich to jakby okno do innego świata. Swoisty wehikuł przenoszący człowieka z samego centrum aglomeracji, spośród betonowych bloków, asfaltowych ulic, hałaśliwych centrów handlowych i surowego krajobrazu przemysłowego wprost w samo serce natury, dzikiej przyrody. W moim przypadku to tylko kilka minut spacerkiem by pełną piersią odetchnąć i oderwać się od cywilizacji, od gonitwy i pośpiechu, które są ściśle związane z życiem w wielkim mieście. Lubię to miejsce nazywać "moimi miniaturowymi Mazurami" choć zdaję sobie oczywiście sprawę, że to bardzo na wyrost i że nie oddaje prawdziwego charakteru Żabich Dołów. Ale nie ma to dla mnie większego znaczenia, mówiąc tak uciekam jeszcze dalej, odrywam się bardziej, zostawiam za sobą tydzień wypełniony robotą, przechodzę przez "magiczny portal" i załatwiam sobie kilkugodzinny urlop. I wiecie co? To naprawdę działa! Czuję się jak dziecko, dla którego trawnik za oknem staje się prerią a każdy pagórek robi za niezdobyty szczyt. Wystarczy tylko odrobina wyobraźni i można zacząć podróż. 

Zespół Przyrodniczo - Krajobrazowy Żabie Doły
Żabie Doły to fenomen na przyrodniczej mapie Górnego Śląska. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku był to teren praktycznie całkowicie zdewastowany przez działalność przemysłową człowieka. Te piękne stawy to nic innego jak zalane wyrobiska po eksploatacji rud cynkowo - ołowiowych, ścieżki i groble to dawne nasypy kolejowe, którymi wywożono urobek. Wystarczyło jednak by ludzie się wynieśli i zostawili przyrodzie pole do działania a księżycowy krajobraz zniknął a pojawiło się, tak po prostu i zwyczajnie, piękno. Wróciły zwierzęta - przy odrobinie szczęścia można spotkać lisa, dzika, sarnę. Przy większym szczęściu piżmaka albo zaskrońca. Jest też całe mnóstwo ptaków, od powszechnych kaczek łabędzi i łysek po perkozy, pliszki, słowiki czy sowy. Jest to prawdziwa ptasia ostoja, ornitolodzy naliczyli 129 gatunków z czego 76 to ptaki gniazdujące, często gatunki bardzo rzadkie na Śląsku. Dla nich na stawach wybudowano wyspy by mogły wysiadywać jaja i opiekować się młodymi nie będąc zagrożonymi przez drapieżniki, zwłaszcza przez zdziczałe, miejskie koty, dla których młode w gnieździe to łatwy i smaczny łup.

W końcu wrócili tutaj też ludzie ale już nie po to by bezlitośnie eksploatować przyrodę tylko by napawać się jej pięknem, by odetchnąć powietrzem wolnym od wyziewów wielkiego miasta, by cieszyć się słońcem, wodą i świętym spokojem. Zdarzają się oczywiście idioci wyrzucający swoje śmieci do wody czy w krzaki, tłukący butelki po piwie i wrzeszczący na całe gardło podczas pijackiej imprezy ale to, na szczęście, margines, pojedyncze przypadki. Większość odwiedzających wie, że są tutaj gośćmi a gospodarzem jest natura. I zachowuje się jak na gości przystało.

Zespół Przyrodniczo - Krajobrazowy Żabie Doły
Cóż mogę napisać na koniec? Chyba tylko zaprosić wszystkich do odwiedzenia tego skrawka dziczy w centrum aglomeracji, naprawdę warto. Gwarantuję, że poczujecie się lepiej, że odetchniecie i naładujecie akumulatory przed kolejnym tygodniem ciężkiej pracy. Sprawdźcie tylko wcześniej prognozę pogody bo przed deszczem i silnym wiatrem nie ma tutaj właściwie żadnego schronienia. Ale to też sprawia, że jest tutaj tak wyjątkowo bo nic, albo prawie nic, nie zakłóca dzikości i naturalności tego miejsca. 

A za tydzień... nie wiem. Tym razem nie zapowiem bo pomysłów mam sporo i jeszcze nie potrafię powiedzieć, który z nich wybiorę. Po prostu zaglądajcie jeżeli Wam się podoba mój sposób pisania i miejsca, które staram się polecić. Bo bardzo mi zależy, by zachęcić Was do podróżowania po Polsce i poznawania piękna i wspaniałości leżących tuż za miedzą, bardzo blisko, których często nie zauważamy. Bo są przecież tak oczywiste, że aż nieciekawe. A to, zwyczajnie, nieprawda.

sobota, 6 listopada 2021

U Matki Bolesnej

Cmentarz Mater Dolorosa
Tak, wiem, wycieczka na cmentarz to nie jest to o czym ludzie marzą. Ale ten akurat jest jednym z ważniejszych miejsc na mapie Bytomia, tu spoczywają ludzie budujący w pewnym momencie świetność tego miasta i tutaj, chyba wyłącznie, wciąż trwa klimat belle epoque...

Nekropolia Matki Bolesnej - Mater Dolorosa - to chyba najbardziej znany z bytomskich cmentarzy. A na pewno najważniejszy. Ziemię pod jego założenie poświęcono w roku 1866 a dwa lata później dokonano tutaj pierwszych pochówków. Dwie dekady później powstał drugi cmentarz, kawałek dalej, Mater Dolorosa II. Ich budowa była konieczna gdyż na starym, pochodzącym jeszcze z XVII wieku cmentarzu należącym do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (gotycki kościół na bytomskim rynku) ulokowanym poza miejskimi murami (na Piekarskim Przedmieściu) zaczęło po prostu brakować miejsca. Poza tym szybki rozwój miasta wymusił jego likwidację, jako że zaczął przeszkadzać właścicielom i mieszkańcom nowych kamienic sąsiadujących bezpośrednio z nekropolią. W miejscu starego cmentarza stoi dziś kościół parafii Świętej Trójcy, do której należą obydwa cmentarze Mater Dolorosa. 

Co zaś do historii i "pięknej epoki", bo one są w tym wpisie najważniejsze - to tutaj, przy ulicy Piekarskiej, snem wiecznym śpią najważniejsi dla Bytomia ludzie: pierwszy polski prezydent miasta Piotr Miętkiewicz (włada w latach 1945 - 48),działacz społeczny i katolicki ksiądz Józef Szafranek, Ernst Oderski wypiekający pierwsze w mieście słodycze dla cukrzyków czy Paul Jackisch, znany bytomski architekt... i wielu innych zasłużonych obywateli miasta, tak Polaków jak i Niemców. Bo Bytom był, o czym się często zapomina, miastem wielu kultur i wielu narodowości, żyli tutaj obok siebie i razem ze sobą Polacy, Niemcy i Żydzi, którzy swój kirkut mają zaraz na przeciwko, po drugiej stronie ulicy Piekarskiej. Żyli, co ważne, w zgodzie i razem budowali świetność miasta. Dopiero śmieszny facet z idiotycznym wąsikiem zniszczył to, co było siłą tej ziemi, ale to już całkiem inna, tragiczna opowieść.

Cmentarz Mater Dolorosa
W centralnym punkcie cmentarza ulokowano neogotycką kaplicę (w tle na zdjęciu po prawej) pod wezwaniem, co oczywiste, Matki Bolesnej wybudowaną w latach 1881 - 82 według projektu Hugo Herra a dom grabarza zaprojektował wspomniany wcześniej Paul Jackisch. Po przeciwległej do głównego wejścia stronie znajduje się zespół kaplic grobowych i grobowców znanych bytomskich rodów nadając nekropolii dość unikalny, jak na górnośląską aglomerację, charakter. Należą do nich m. in. kaplica Goetzlerów z 1900 roku, grobowiec rodziny Urbańczyków czy Baraniuków. I znowu widzimy to co było charakterystyczne dla Bytomia tamtych czasów - napisy po Polsku i po Niemiecku sąsiadują ze sobą. 

Niestety do czasów współczesnych w całości zachowała się tylko starsza część cmentarza czyli Mater Dolorosa I. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku na oddalonej nieco od niej części młodszej najpierw zaprzestano pochówków a parę lat później większą jej część zlikwidowano pozostawiając jedynie nieliczne groby w sąsiedztwie ulicy Piekarskiej. Na szczęście główną część udało się uratować wpisując ją w roku 1987 do rejestru zabytków. Jeżeli nie macie możliwości w tej chwili wpaść do Bytomia i zwiedzić cmentarza w tzw. "realu" to TUTAJ możecie się wybrać na wirtualną wycieczkę po nim. Warto. Choć to, oczywiście, nie to samo co obcowanie z historią na żywo.

Cmentarz Mater Dolorosa


I to by było na tyle jeżeli chodzi  o mój krótki szkic na temat najważniejszego i najbardziej znanego bytomskiego cmentarza. Wybaczcie proszę chaotyczność i sztywność, nie mam wprawy w pisaniu tego typu tekstów. Ale, mam nadzieję, z biegiem czasu będzie coraz lepiej i kolejne wpisy nabiorą szlifu. 
A za tydzień zabiorę Was w miejsce całkiem odmienne - na moje małe, lokalne "Mazury"...

piątek, 29 października 2021

Tu narodził się Bytom

Wzgórze Małgorzatka. Niepozorne, z małym neogotyckim kościółkiem i cmentarzem. Miejsce bardzo urokliwe, zaciszne i klimatyczne ale... dla turysty nastawionego na zwiedzanie i kolekcjonowanie wrażeń nic ciekawego...

Takie myślenie to gorzej niż zbrodnia - to błąd! Wzgórze to jest grodziskiem, to tutaj w XI wieku książę Bolesław zwany Chrobrym miał według podania zbudować gród, od którego początek wzięło późniejsze miasto.  Wiek później - to już nie podanie a fakt historyczny - znalazła tu swoją siedzibę kasztelania przy której rozwinął się ważny ośrodek handlowy. Proszę zatem o ciszę bo, było nie było, jesteśmy na porodówce. I to nie byle jakiej, nie urodzili się tutaj przecież pojedynczy ludzie ale całe miasto. Należy się w związku z tym temu miejscu porządna dawka szacunku.

Na terenie kasztelanii, która istniała w tym miejscu do XIV wieku, książę Bolesław Kędzierzawy ufundował pierwszy kościół pod wezwaniem świętej Małgorzaty. Była to budowla kamienna, w stylu romańskim zbudowana na planie prostokąta. Wiemy (mniej więcej) jak wyglądał dzięki tympanonowi Jaksy znajdującemu się we Wrocławiu, na którym bytomski kościół został umieszczony. Niestety pierwotna budowla nie przetrwała długo - została prawdopodobnie zniszczona wraz z grodem przez husytów w roku 1430. W 1598 roku, czego dowiadujemy się z dokumentów wizytacyjnych biskupa krakowskiego Jerzego Radziwiłła, kościół na "Małgorzatce" był drewniany i w dość opłakanym stanie. W 1660-tym roku został on włączony do bytomskiej parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i odrestaurowany przez jej proboszcza księdza Józefa Nikowskiego i przetrwał do drugiej połowy XIX wieku kiedy został rozebrany. Na jego miejscu z inicjatywy ks. Norberta Bończyka i ze składek mieszkających w Bytomiu Polaków mistrz murarski Jan Kowolik zaprojektował i zbudował istniejący do dziś kościół w stylu neogotyckim. Przy kościele osiedli księża misjonarze Werbiści, którzy opiekują się parafią do tej pory - adres ich strony internetowej to: www.bytom.werbisci.pl.

Patrząc na ten niepozorny pagórek z maleńkim kościółkiem trzeba zdać sobie sprawę, że jest to nie tylko miejsce, w którym narodziło się jedno z ważniejszych śląskich miast ale też najstarsza parafia nie tylko w samym Bytomiu ale w całej okolicy. Patrzycie, moi szanowni drodzy kochani, na ogromny kawał historii Polski i Śląska. Niestety prace archeologiczne są utrudnione obecnością cmentarza i jak dotąd nie udało się odkryć pozostałości pierwotnej świątyni. Na szczęście istnieją dokumenty, dzięki którym możemy dość dokładnie prześledzić losy wzgórza i, co za tym idzie, miasta. Jeżeli będziecie kiedyś w Bytomiu koniecznie wybierzcie się na "Małgorzatkę", to tylko kwadrans pieszego spaceru od centrum miasta a, przy odrobinie wyobraźni, poczujecie klimat dawnych wieków.  Spotkacie tu Genius Loci, ducha tego miasta, przechadzającego się jego ulicami i snującego gawędę o dawnych dziejach nie tylko Bytomia, nie tylko ziemi bytomskiej ale całego Śląska, całej Polski. Bo tutaj, z czego mało kto zdaje sobie sprawę, obok Poznania, Gniezna czy Krakowa, była jedna z kolebek naszej państwowości.

A za tydzień... Cóż, mamy okres Wszystkich Świętych, czas odwiedzania cmentarzy zatem zabiorę Was na jeden z nich, bytomską nekropolię Matki Bolesnej i przeniesiemy się w czasie nie tak daleko jak dziś - tylko o sto z hakiem lat, do Belle Epoque...

piątek, 22 października 2021

Krzyże, krzyże, krzyże...

Krzyż przydrożny

Kiedyś były stałym elementem krajobrazu miast, miasteczek, wsi, przysiółków i gościńców. Ludzie stawiali je by oddać cześć Bogu, by podziękować za otrzymane łaski, były elementem pokuty za dokonaną zbrodnię (średniowieczne krzyże pokutne) czy wreszcie by, tak po prostu, zamanifestować swoją wiarę. A, zapomniałbym o jeszcze jednej ich funkcji - były i są pomnikami upamiętniającymi jakieś dramatyczne wydarzenia jak na przykład krzyż przy kopalni "Wujek" czy krzyże pod gdańską stocznią. Służyły często jako punkty orientacyjne czy drogowskazy, przy krzyżach się umawiano, od krzyży liczono odległości i po ich umiejscowieniu orientowano się w terenie (trzecia chałupa w prawo za krzyżem...). Kiedyś było ich pełno, stały wszędzie. A dziś... coraz ich mniej a te, które są stoją osamotnione, często niezauważane nawet wtedy, kiedy stanowią najmocniejszy akcent okolicznej architektury. Smutne to... 

Ten na pierwszym zdjęciu stoi w Katowicach, w dzielnicy Załęże. Pochodzi z końca XIX wieku, czyli w czasie kiedy była to samodzielna miejscowość zamieszkała przez górników zatrudnionych w kopalni "Kleofas" i hutników z nieodległej huty "Baildon" (piękny, wielki mural portretujący twórcę śląskiego hutnictwa, Johna Baildona, znajduje się przy ulicy Boheńskiego w samym centrum dzielnicy). Przyglądałem mu się dłuższą chwilę szukając dobrego kadru do zdjęcia i powiem Wam, że ludzie przechodzący mimo jakby go nie zauważali: nikt nie ściągnął czapki, nikt się nie przeżegnał, nikt nie zwolnił kroku. To pokazuje jak bardzo oderwaliśmy się od naszych korzeni, jak daleko odrzuciliśmy dziedzictwo naszych przodków, którzy sto z hakiem lat temu krzyż ten postawili jako świadectwo swojej wiary.

Krzyż przydrożny
Drugi krzyż stoi w Chorzowie przy ulicy, która wzięła od niego swoją nazwę - czyli Krzyżowej. Został ufundowany przez mieszkańców Pnioków w roku 1806 (co oznacza, że ma już ponad dwieście lat!), kiedy Chorzów jako miasto jeszcze właściwie nie istniał - tworzące go dzielnice były samodzielnymi miejscowościami: Wielkie Hajduki (dzisiejszy Chorzów Batory), Królewska Huta (współczesny Chorzów Drugi) i... Chorzów (czyli obecnie dzielnica Chorzów Stary) założony przez zakon Bożogrobców w średniowieczu. Swoją drogą - pozwólcie na małą dygresję - biednych robotników fabrycznych było stać na ufundowanie okazałego krzyża? Przecież wspomniani mieszkańcy kolonii Pnioki byli w większości hutnikami zatrudnionymi w nieodległej hucie "Królewskiej", tymi samymi jakich propaganda czasów słusznie minionych (w niektórych głowach żywa po dziś dzień) opisywała jako zabiedzonych, gnieżdżących się w ciemnych i wilgotnych mieszkaniach, nie mających czym wykarmić swoich chorych, mrących na potęgę dziatek. I co, ci biedacy wyrwali dzieciom ostatni kęs chleba by postawić krzyż? Mnie się tu coś nie spina, a Wam? Prawda jest taka, że dziewiętnastowieczni przemysłowcy o swoich pracowników dbali a ciemne i wilgotne nory w jakich mieli mieszkać "proletariusze wszystkich krajów" zanim się połączyli to mit i legenda a co najwyżej jednostkowe przypadki. Kto nie wierzy niech zwiedzi jedną ze śląskich kolonii patronackich, na przykład Nikiszowiec i zobaczy jakie warunki mieli zapewnione mieszkańcy. Oczywiście nie robili tego z pobudek altruistycznych czy dobroci serca - po prostu niedożywiony robotnik gnieżdżący się w ciemnym, niezdrowym kącie był mniej wydajny. Ekonomia nie miłosierdzie grały pierwsze skrzypce ale skutek jest na zdjęciu - hutników i górników było stać by się zrzucić i ufundować krzyż, który swoje kosztować musiał.

Krzyż pokutny
Trzeci w tym moim małym i bardzo subiektywnym rankingu będzie średniowieczny krzyż pokutny z mojego Bytomia stojący w dzielnicy Łagiewniki. Kto go postawił i kiedy - nie wiadomo (legenda głosi, że zrobili to apostołowie Słowian święci Cyryl i Metody co jest niemożliwe), podobnie jak to czy kształt litery "T" miał on od początku czy został uszkodzony gdzieś na przestrzeni wieków. Pewnym jest jedynie, że zrobił to by odpokutować dokonaną przez siebie zbrodnię, najprawdopodobniej zabójstwo. I tutaj obalić trzeba jeden z mitów jakie o średniowieczu krążą - otóż kara śmierci wcale nie była tak często stosowana jak nam się to dziś wydaje. Samo postawienie krzyża nie było, ma się rozumieć, jedyną konsekwencją jaka spotkała zabójcę. Musiał on wypłacić odszkodowanie rodzinie ofiary co najczęściej polegało na tym, że łożył on na utrzymanie wdowy i sierot. No i nie dotyczyło to zwyrodnialców czerpiących przyjemność z krzywdzenia innych czy zbójców grasujących na gościńcach, takich osobników bez zbędnych ceregieli wieszano. Nie dla zemsty ale by zlikwidować zagrożenie jakie stanowili, pamiętać trzeba, że więzień w dzisiejszym rozumieniu tego słowa wtenczas nie było i nie dało się takich delikwentów od społeczeństwa odizolować. Tak sobie myślę, że było to logiczniejsze i rozsądniejsze od dzisiejszego prawa, które zbrodniarza każe wsadzać do więzienia a jego ofiary - bo przecież rodzina zamordowanego to też są ofiary morderstwa - pozostawia własnemu losowi.

Dlaczego wybrałem te trzy?  Przyznam całkiem szczerze, że do końca nie wiem pewny byłem tylko tego ostatniego. Pierwszy mijam codziennie w drodze do pracy, drugi ma ciekawą - moim zdaniem - formę... Zresztą wykorzystałem ten tekst trochę jako pretekst by opowiedzieć trochę o historii i zburzyć utrwalone w niektórych głowach przesądy na temat czasów dawnych i jeszcze dawniejszych. Bo z jednej strony były one inne, nawet bardzo inne, od tych nam współczesnych ale z drugiej żyli w nich ludzie praktycznie tacy sami jak my - ze swoimi wadami i zaletami. Czy mi się udało? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem ale będę próbował stale bo, tak uważam, warto i trzeba.

niedziela, 17 października 2021

Krakowskie impresje

Brama Floriańska
Ostatnim razem w królewskim grodzie byłem bodajże trzy lata temu. A może cztery? Kurcze, nie pamiętam, ale w moim wieku skleroza to bardziej norma niż anomalia. W każdym razie zbyt dawno i zacząłem normalnie tęsknić za tą atmosferą jednocześnie pełną królewskiego majestatu i urlopowego luzu. To jedyne chyba takie miejsce w Polsce (a może i na świecie) gdzie nikogo by nie dziwiło gdyby sam książę pan albo nawet król jegomość spacerowałby w trampkach, z plecakiem, robił sobie słitfocie na rynku, pił piwo przy stoliku ustawionym na bruku i wcinał pierogi aż by mu się uszy trzęsły. Ortodoksów etykiety proszę, żeby się nie czepiali - w końcu tutaj "chodzi się z księżycem w butonierce", "złote nuty spadają na rynek" a sztywne reguły gną się niczym trzciny na wietrze - zatem i najjaśniejszy pan może sobie trochę pofolgować. To miasto jest tak cudownie inne, że nie sposób go opisać normalnymi, suchymi słowami turystycznego przewodnika. No chyba, żeby skupić się wyłącznie na technikaliach - architekturze, historii, założeniu urbanistycznym i tak dalej, ale wtenczas zabije się jego cały urok profesorsko - doktorskim bełkotem pasującym raczej do sal wykładowych niż krakowskiej przestrzeni. Przecież tutaj nawet oddycha się inaczej...

Przyjechałem do królewskiego grodu by, jak to się dzisiaj mówi, naładować akumulatory. Aczkolwiek to nie jest dobre określenie, moje ogniwa energetyczne działają całkiem sprawnie a szwankować zaczęło oprogramowanie i sterowniki. Potrzebowałem aktualizacji i resetu bo coraz częściej zacząłem się zawieszać i łapać bugi. I powiem Wam, że się udało. Włóczyłem się całkiem bez celu szlifując staromiejskie bruki, przełączyłem się w tryb bezmyślenia, tu wpadłem na kawę, tam na ciacho, gdzie indziej wtrząchnąłem kilka pierogów popiwszy piwem... Gdyby ktoś chciał poczuć atmosferę cesarsko - królewskiej Galicji to koniecznie musi odwiedzić Jamę Michalika, jeżeli bardziej odpowiada mu swojska atmosfera karczmy to bombowo poczuje się w Stodole. Bez przymusu oczywiście, knajp i knajpek jest tutaj zatrzęsienie, trzeba tylko uważać na zawartość portfela bo bardzo łatwo można wydać wielki pieniądz nawet się nie zorientowawszy. Ale tuszę, że rozum każdy w głowie ma i potrafi z niego korzystać. 

A wieczorem poszedłem pod Wawel, nad Wisłę i długo siedziałem na ławce gapiąc się w migoczące, odbijające się w wodzie światła miasta. Dopiero gdy zrobiło mi się zimno, czyli gdzieś koło północy, poszedłem do hotelu i padłem w objęcia Morfeusza niczym ścięty. 

Mój reset się udał, zdebugowałem umysł i mogę znowu brać się za bary ze światem. Za chwilę muszę się wymeldować, zarzucić plecak na grzbiet i do wieczora dalej się włóczyć. Po drodze pójdę na Mszę Świętą, może do Świętej Barbary przy Rynku? Potem jakiś obiad, może znowu piwko, odwiedzę też z całą pewnością Smoka pod Wawelem i pójdę na dworzec ruszyć po szynach ospale do mojego Bytomia. Też miasta z długą i zawiłą historią, które jednak swoją atmosferę głęboko ukryło. Opowiem Wam o nim jak się tylko zbiorę bo najtrudniej zachwycić się tym, co ma się na stałe przed nosem...

wtorek, 12 października 2021

Złota nasza polska kochana...

Kocham jesień... Tak po prostu, bez szczególnego powodu. A może nie, może mam powody. Te kolory tak inne od wszystkich, te kwiaty - twardziele nie zważające na niezbyt sprzyjającą pogodę i mające gdzieś słoty czy przymrozki, ta senna atmosfera pełna magii, ten świat przygotowujący się do kilkumiesięcznej drzemki by odpocząć po trudach lata i nabrać sił do wiosennego wybuchu... Kocham ten czas przemijania, powolnego odchodzenia do krainy snu dający jednocześnie nadzieję, a właściwie pewność odrodzenia, powrotu do życia już za parę chwil. Wiosna i lato nastrajają mnie pesymistycznie, każą czekać na koniec i zimowe chłody a jesień, paradoksalnie, napełnia mnie optymizmem. Czekam na cieplejsze dni jak dziecko na gwiazdkowy prezent i wiem, że one nadejdą. A jednocześnie wcale nie chcę by nadchodziły szybko bo ten dreszcz oczekiwania też uwielbiam. Jak panienka co to chciałaby a boi się. Głupie, nie?

Lubię jesienią wstawać wcześnie, jeszcze przed świtem. Lubię patrzeć jak świat coraz wolniej budzi się do życia. Każdy kolejny dzień otwieram jak okienko w kalendarzu adwentowym i smakuję niczym czekoladkę - niespodziankę ciesząc się zaskoczeniem. Deszcz czy słońce, wiatr czy flauta, ciepło czy zimno nadają temu czasowi niepowtarzalny smak i sprawiają, że człowiek nie może się nudzić. Wystarczy tylko wyjść z domu i chłonąć świat całym sobą takim jakim jest. Bez kombinowania, bez zastanawiania się co jest nie tak i dlaczego mogłoby być lepiej. Bez, kurza jego twarz, narzekania. Spróbujcie. Nie daję gwarancji, że się Wam spodoba ale z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę powiedzieć, że tak. 

Oczywiście możecie się spakować i wyjechać w cieplejsze regiony naszego globu. Nawet nie musicie paszportu wyrabiać, Portugalia stoi otworem. Ale, moim skromnym zdaniem, wiele stracicie. Ot chociażby nie zobaczycie tych kwiatów, które cyknąłem całkiem przypadkiem przy polnej drodze. Zobaczycie inne, być może piękniejsze, ale nie te. I nie przeżyjecie tego oczekiwania na wiosnę, tej nadziei na odrodzenie życia, które potrafi zmienić sposób myślenia i przenicować człowieczą mentalność...

niedziela, 10 października 2021

Piwo ze szczenięcych lat

Dawno, dawno temu, po maturze i za czasów studenckich człowiek nie miał wielkich potrzeb. Brał plecak, karimatę, kumpli i ruszał w rajzę nie planując, nie zastanawiając się nad tym co będzie. Po prostu chłonął życie i żył chwilą ciesząc się każdym wrażeniem jakie w niego trafiało. Kiełbasa z ogniska, piwo chłodzące się w strumieniu, gitara i piosenka śpiewana bez przejmowania się tzw. wartościami artystycznymi utworu, spanie w namiocie albo i bez, sub Iove frigido, dawały pełnię szczęścia. 

A potem przyszła dojrzałość i człowiek zaczął wymagać. Karimata na glebie przestała wystarczać a minimum stał się hotel z knajpą, dostępem do internetu i dobrze zaopatrzonym barkiem. I fotogenicznymi miejscami żeby można się było pochwalić wyjazdem przed znajomymi podczas idiotycznych, pourlopowych zawodów o puchar największego frajera, który najbardziej bezsensu wydał kupę szmalu. W ten sposób - jeżeli optymistycznie założę, że dociągnę setki - zmarnowałem pół życia nie wynosząc z tych "wypraw" żadnej wartości dodanej. Kolejny bar, jeszcze jeden hotelowy basen, następna rewia mody na kurortowej promenadzie sprawiły jedynie, że stałem się zblazowanym, zgorzkniałym jełopem wypalonym od środka. W robocie każdy dzień był taki sam a potem, na urlopie, dokładnie tak samo - dzień podobny do dnia, żadnych zaskoczeń czy zachwytów, niczego nowego. Zmarnowane życie podzielone na czas zarabiania (dłuższy) i czas wydawania (znacznie krótszy). Miałem dość ale nie umiałem niczego zmienić nie nie bardzo wiedziałem czego chcę, przecież wszyscy otaczający mnie ludzie żyli w ten sposób! Zacząłem myśleć, że coś ze mną jest nie tak i zastanawiać się nad wizytą u terapeuty. To też modne się zrobiło ostatnimi czasy.

Wszystko zmienił przypadek. Wizytując sklep należący do popularnej sieci franczyzowej zobaczyłem w lodówce piwo, które piliśmy na naszych studenckich wyprawach. Potem zniknęło, browar przestał go warzyć a jakiś czas temu pojawiło się na powrót. Przez łeb przeleciała mi szybka retrospekcja, nabyłem drogą kupna czteropak i poszedłem sobie do lasu przypomnieć sobie prawdziwe życie. Znaczy podjechałem, pociągiem, kilka stacji od mojego miasta. I powiem Wam (albo raczej Wam napiszę), że tego dnia - a była to sobota - wszystko się zmieniło. Poczułem się na powrót jak gówniarz, który żyje chwilą i nie przejmuje się tym co ludzie powiedzą. Bo ludzie bez pudła powiedzą głupio, zawsze się do czegoś przyczepią i zawsze znajdzie się jakiś buc, który będzie musiał skrytykować albo rozboli go ze złości dupa. I trzy mu w cztery, niech boli jeżeli woli być starym pierdołą to jest jego prywatny problem. A ja sobie o ćwierć wieku odmłodniałem i jest mi z tym strasznie dobrze, cała dojrzałość poszła się gonić. I myślę sobie, że tak już zostanie, polski las na propsie a te wszystkie olinkluziwy w Egipcie, na Maderze czy innej Majorce niech się pędzą gonić. Zwłaszcza, że teraz można sobie na pełnym legalu nocować pod namiotem na terenie Lasów Państwowych i nie martwić się, że wpadnie wkurzony leśniczy i wywali na zbity pysk jak Niemców z partyzantami.

A, ten tekst nie jest sponsorowany, od producenta piwa z obrazka nie dostałem ani grosza. A sam napój ma wartość jedynie sentymentalną bo jest, przykro mi, ohydny. Nie kupujcie. No chyba, że chcecie sobie przeorać podniebienie płynnym papierem ściernym by jeszcze bardziej spotęgować wrażenia z podróży w czasie do szczenięcych czasów. Zastanawiam się czy dwadzieścia z hakiem lat temu był lepszy czy to ja miałem wybredność na poziomie oscylującym w okolicach zera? Nie wiem i raczej nie dojdę, czy to zresztą jest ważne? Grunt, że dzięki przypadkowi i temu piwu zrozumiałem, czego w życiu mi brakowało i co powinienem zmienić by nie rozpierniczyć go sobie do końca. I że założyłem tego bloga, którego pewnie nikt nie będzie czytał ale to nic, bo on ma być dla mnie. A jak trafi się ktoś, kto jednak przeleci wzrokiem te nastawiane chaotycznie literki i coś z nich wyciągnie to bardzo dobrze.

No to na razie. Bye!