Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 grudnia 2021

Pogrzebu mieć nie mogę...

Miałem dziś wrzucić drugą część tekstu o katowickiej modernie. Miałem ale zmieniłem plany. Przedwczoraj, w piątek trzeciego grudnia, minęła cicho jakoś siedemdziesiąta dziewiąta rocznica zamordowania przez Niemców bohaterskiego kapłana, niedawno beatyfikowanego księdza Jana Machy. Podjechałem zatem na starochorzowski cmentarz i odwiedziłem jego cichy zakątek, symboliczny grób. I powiem Wam, że jest to jedno z najważniejszych miejsc z mojego cyklu "W osiemdziesiąt miejsc dookoła aglomeracji"...

Jan Macha, jeszcze wtenczas nie ksiądz, urodził się osiemnastego stycznia 1914 roku w Chorzowie Starym. Data wymowna, pół roku później wybuchła pierwsza wojna światowa, potem śląskie powstania, zorganizowano plebiscyty i Chorzów wraz z wielką częścią Śląska po wielu wiekach znalazł się w granicach Polski. Gdybym był fatalistą to uznałbym, że moment urodzenia zdeterminował całe jego życie. Był pierwszym dzieckiem ślusarza zatrudnionego w Hucie Królewskiej, miał pięcioro rodzeństwa, jedna z jego sióstr zmarła w dzieciństwie, drugą siostrę zmarłą przy porodzie, dwie siostry i brata. Ukończył Państwowe Gimnazjum Klasyczne im. Odrowążów (dzisiejsze liceum nr. 1 im. Juliusza Słowackiego zwane potocznie "Słowakiem"). Grał w piłkę ręczną w klubie Azoty Chorzów zdobywając tytuł wicemistrza Polski w roku 1933. Tuż po maturze aplikował do Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie (tak, śląskie seminarium wówczas w królewskim mieście miało swoją siedzibę) ale z powodu braku miejsc nie został przyjęty. Podjął studia na wydziale prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, które przerwał przenosząc się na wydział teologiczny tejże Jagiellonki. Święcenia kapłańskie przyjął, znowu symboliczna data, 25 czerwca 1939 roku z rąk biskupa Stanisława Adamskiego w kościele katedralnym śww. Piotra i Pawła przy ulicy Mikołowskiej w Katowicach (miejsce też symboliczne, kawałek dalej został zgilotynowany przez Niemców). Jego życie zamknęło się klamrą na dwudziestoleciu międzywojennym, na czasie wolnej Polski i nadziei, jaką ta Polska w ludziach wzbudziła. Można powiedzieć wprost, że ksiądz Jan jest tej nadziei symbolem.

Ks. Jan Macha. Zdjęcie ze zbiorów parafii św. Marii Magdaleny w Chorzowie
Pracę kapłańską rozpoczął w swojej rodzinnej parafii pw. Świętej Marii Magdaleny w Chorzowie Starym, tam też odprawił prymicyjną mszę świętą. Tuż po wybuchu wojny, w październiku 1939 roku został wikarym w parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej. Od razu też podjął działalność konspiracyjną będąc współzałożycielem Polskiej Organizacji Zbrojnej, której zebrania bardzo często odbywały się na plebanii. Został też komendantem grupy złożonej ze studentów i harcerzy, której nadano kryptonim Konwalia. Ale nie walczył z bronią w ręku, nie strzelał do okupantów tylko organizował pomoc materialną i duchową dla ofiar, jego grupa wydawała też konspiracyjną gazetkę "Świt". Niestety w wyniku donosu 5 września 1941 roku został aresztowany na katowickim dworcu i osadzony w więzieniu w Mysłowicach, podczas przesłuchań był torturowany. Wobec współwięźniów pełnił posługę duszpasterską, spowiadał ich i dodawał otuchy. Do katowickiego więzienia przy ul. Mikołowskiej został przewieziony w czerwcu 1942 roku a 17 lipca tegoż roku stanął przed nieodległym sądem przy ul. Andrzeja gdzie po kilkugodzinnej rozprawie został skazany na śmierć przez ścięcie na gilotynie. W jego obronie interweniował u katowickiego prokuratora generalnego wikariusz generalny diecezji katowickiej ks. Franz Wosnitza a matka księdza Jana wraz z prawnikiem udała się do Berlina by o łaskę dla syna prosić samego Adolfa Hitlera - niestety wszystko to okazało się nieskuteczne. Został stracony po północy trzeciego grudnia 1942 roku zostawiając po sobie pożegnalny list do rodziców napisany tuż przed egzekucją, który jest chyba jednym z najbardziej wzruszających i głębokich tekstów jakie w swoim życiu czytałem:


"Kochani Rodzice i Rodzeństwo! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. To jest mój ostatni list. Za cztery godziny wyrok będzie wykonany. Kiedy więc ten list będziecie czytać mnie już nie będzie między żyjącymi. Zostańcie z Bogiem! Przebaczcie mi wszystko! Idę do Wszechmogącego Sędziego, który mnie teraz osądzi. Mam nadzieję, że mnie przyjmie. Moim życzeniem było pracować dla Niego, ale nie było mi to dane. Dziękuję za wszystko. Do widzenia tam w górze i Wszechmogącego. 
Pozdrówcie wszystkich moich kolegów i znajomych. Niechaj w modlitwach swoich pamiętają o mnie. Dziękuję za dotychczasowe modlitwy i proszę też nie zapominać o mnie w przyszłości. Pogrzebu mieć nie mogę, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspominał i zmówił za mnie Ojcze Nasz. Umieram z czystym sumieniem. Żyłem krótko lecz uważam, że cel swój osiągnąłem. Nie rozpaczajcie. Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Bez jednej jaskółki wiosna też zawita a bez jednego człowieka świat się nie zawali.
Pozostało mi bardzo mało czasu. Może jeszcze jakie trzy godziny a więc do widzenia! Pozostańcie z Bogiem. Módlcie się za waszego Hanika".


I tymi słowami błogosławionego księdza Jana Machy kończę. Módlcie się za Hanika ale i jego proście o modlitwę za naszą Ojczyznę, za Polskę, za którą oddał swoje młode życie.

środa, 10 listopada 2021

Niepodległa

Polska, nasza Ojczyzna, jest jak to zdjęcie po lewej - odrapana, potłuczona, poobijana. Wciąż nie mogąca się doczekać solidnego remontu. Ale nasza. Innej nie mamy i mieć nie będziemy. 

Nie, to nie będzie tekst polityczny. Nie będę oceniał tego jak kolejne rządy o ten nasz nieszczęśliwy kraj dbały - nie to miejsce i, przede wszystkim, nie ten czas. Ale mogę ocenić siebie, to co sam zrobiłem i uderzyć się w pierś. Bo było tej roboty mało, bardzo mało i bardzo za mało. Sporo słów wypowiadanych z patosem, ogrom krytyki wobec polityków czy urzędników, udział w tej czy innej demonstracji i właściwie nic więcej. Goniłem za pieniądzem, za polepszeniem swojego bytu uznając, że przecież nic nam nie zagraża - jesteśmy w NATO, w Unii Europejskiej, mamy potężnych sojuszników na całym świecie więc czym mam się przejmować? 

Okazuje się, że wszystkim. A zwłaszcza tym, co blisko. Mój przyjaciel, człowiek z sercem na dłoni, powiedział mi kilka dni temu - prowokując do napisania tego tekstu - że jest mu wszystko jedno kto nami rządzi, czy Polska jest niepodległa czy też znajduje się w obcej władzy, byle on i jego rodzina mogli godnie i dostatnio żyć. Niech rządzi Niemiec, Rosjanin czy ktokolwiek inny, to jest dla niego sprawa drugorzędna. Strasznie mnie to uderzyło w łeb ale muszę powiedzieć, że go rozumiem. Facet jest dziesięć lat starszy ode mnie, w latach dziewięćdziesiątych by przeżyć i dać jeść dzieciom łapał się wszystkiego, w tym zajęć nieco kolidujących z legalnością. Urabiał się po łokcie i płakał, widziałem to na własne oczy, nie mogąc mimo tego kupić dzieciakom wymarzonych zabawek. W końcu wyjechał na wyspy i płakał już z zupełnie innego powodu - mógł żonę i dzieci widzieć kilka razy w roku. Tak wyglądało, czy też wygląda, życie wielu z nas. I to życie przeorało nam mózgownice.

Muszę tutaj z całą mocą zaznaczyć, powtórzyć i podkreślić: mój przyjaciel to człowiek z sercem na dłoni, dobry i życzliwy wszystkim. Niestety został złamany, poczuł się jak niekochane i zaniedbane dziecko, które łaknie rodziny i przylgnie do każdej byle tylko zapewniła mu podstawy egzystencji i odrobinę ciepła.

Napatrzyliśmy się na zachodni dobrobyt i chcieliśmy tego samego. To był nasz priorytet. Wydawało nam się, że kiedy tylko "wstąpimy do Europy" to pragnienie się ziści, że z dnia na dzień będziemy żyć na takim samym poziomie jak Niemcy, Francuzi czy Szwedzi. Naiwne to były marzenia, całkowicie nierealne. Dobrobyt nie bierze się z udziału w tej czy innej organizacji międzynarodowej, on wykuwa się dzięki ciężkiej pracy tysięcy i milionów zwykłych ludzi. Tyle, że ta praca musi być godnie wynagradzana a zarobki nie mogą być zdzierczo opodatkowane i oskładkowane tak, by wykonujący ją ludzie mogli oszczędzać, gromadzić kapitał i w końcu sami dawać pracę innym. Niestety z tym był problem. Biedne państwo potrzebowało (nadal potrzebuje) pieniędzy zatem zabiera je ludziom. A ci nie widząc efektu swojej harówki zniechęcają się i szukają "państwa adopcyjnego". Są jak to dziecko marzące o rodzinie zastępczej. 

Cały kłopot w tym, że rodzina zastępcza mimo nazwy nigdy do końca nie zastąpi rodziny prawdziwej. Obca władza nigdy nie będzie lepsza od, nawet najgorszej, władzy własnej. Tylko rządząc się samemu, mając własne, niepodległe państwo będziemy mogli chronić siebie i swoich bliskich, zabezpieczać własne interesy i mieć większy bądź mniejszy wpływ na to, jak jest ono - to państwo - urządzone, jakie obowiązują w nim prawa czy, nawet, obyczaje. I najważniejsze - tylko mając własny rząd będziemy mogli go, w ostateczności, pogonić. 

Miało być bez polityki a tu proszę, ulało mi się przy święcie. Ale nie wykasuję tych słów bo one są ważne zwłaszcza dzisiaj, kiedy świętujemy rocznicę odzyskania niepodległości po stu dwudziestu trzech latach obcych rządów. Przypomnijmy sobie lekcje historii, poczytajmy pamiętniki z tamtych lat i odpowiedzmy na jedno pytanie: czy naszym przodkom żyło się wtenczas dobrze? Czy ich interesy były chronione, rodziny bezpieczne a oni sami pławili się niczym pączki w maśle? Z tym Was zostawiam życząc by wszystkie marzenia o niepodległej Polsce, które mieli w głowach nasi rodacy żyjący w Ojczyźnie bez państwa się spełniły, byśmy to my im je spełnili. I wreszcie ten nasz wspólny dom wyremontowali.

sobota, 6 listopada 2021

U Matki Bolesnej

Cmentarz Mater Dolorosa
Tak, wiem, wycieczka na cmentarz to nie jest to o czym ludzie marzą. Ale ten akurat jest jednym z ważniejszych miejsc na mapie Bytomia, tu spoczywają ludzie budujący w pewnym momencie świetność tego miasta i tutaj, chyba wyłącznie, wciąż trwa klimat belle epoque...

Nekropolia Matki Bolesnej - Mater Dolorosa - to chyba najbardziej znany z bytomskich cmentarzy. A na pewno najważniejszy. Ziemię pod jego założenie poświęcono w roku 1866 a dwa lata później dokonano tutaj pierwszych pochówków. Dwie dekady później powstał drugi cmentarz, kawałek dalej, Mater Dolorosa II. Ich budowa była konieczna gdyż na starym, pochodzącym jeszcze z XVII wieku cmentarzu należącym do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (gotycki kościół na bytomskim rynku) ulokowanym poza miejskimi murami (na Piekarskim Przedmieściu) zaczęło po prostu brakować miejsca. Poza tym szybki rozwój miasta wymusił jego likwidację, jako że zaczął przeszkadzać właścicielom i mieszkańcom nowych kamienic sąsiadujących bezpośrednio z nekropolią. W miejscu starego cmentarza stoi dziś kościół parafii Świętej Trójcy, do której należą obydwa cmentarze Mater Dolorosa. 

Co zaś do historii i "pięknej epoki", bo one są w tym wpisie najważniejsze - to tutaj, przy ulicy Piekarskiej, snem wiecznym śpią najważniejsi dla Bytomia ludzie: pierwszy polski prezydent miasta Piotr Miętkiewicz (włada w latach 1945 - 48),działacz społeczny i katolicki ksiądz Józef Szafranek, Ernst Oderski wypiekający pierwsze w mieście słodycze dla cukrzyków czy Paul Jackisch, znany bytomski architekt... i wielu innych zasłużonych obywateli miasta, tak Polaków jak i Niemców. Bo Bytom był, o czym się często zapomina, miastem wielu kultur i wielu narodowości, żyli tutaj obok siebie i razem ze sobą Polacy, Niemcy i Żydzi, którzy swój kirkut mają zaraz na przeciwko, po drugiej stronie ulicy Piekarskiej. Żyli, co ważne, w zgodzie i razem budowali świetność miasta. Dopiero śmieszny facet z idiotycznym wąsikiem zniszczył to, co było siłą tej ziemi, ale to już całkiem inna, tragiczna opowieść.

Cmentarz Mater Dolorosa
W centralnym punkcie cmentarza ulokowano neogotycką kaplicę (w tle na zdjęciu po prawej) pod wezwaniem, co oczywiste, Matki Bolesnej wybudowaną w latach 1881 - 82 według projektu Hugo Herra a dom grabarza zaprojektował wspomniany wcześniej Paul Jackisch. Po przeciwległej do głównego wejścia stronie znajduje się zespół kaplic grobowych i grobowców znanych bytomskich rodów nadając nekropolii dość unikalny, jak na górnośląską aglomerację, charakter. Należą do nich m. in. kaplica Goetzlerów z 1900 roku, grobowiec rodziny Urbańczyków czy Baraniuków. I znowu widzimy to co było charakterystyczne dla Bytomia tamtych czasów - napisy po Polsku i po Niemiecku sąsiadują ze sobą. 

Niestety do czasów współczesnych w całości zachowała się tylko starsza część cmentarza czyli Mater Dolorosa I. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku na oddalonej nieco od niej części młodszej najpierw zaprzestano pochówków a parę lat później większą jej część zlikwidowano pozostawiając jedynie nieliczne groby w sąsiedztwie ulicy Piekarskiej. Na szczęście główną część udało się uratować wpisując ją w roku 1987 do rejestru zabytków. Jeżeli nie macie możliwości w tej chwili wpaść do Bytomia i zwiedzić cmentarza w tzw. "realu" to TUTAJ możecie się wybrać na wirtualną wycieczkę po nim. Warto. Choć to, oczywiście, nie to samo co obcowanie z historią na żywo.

Cmentarz Mater Dolorosa


I to by było na tyle jeżeli chodzi  o mój krótki szkic na temat najważniejszego i najbardziej znanego bytomskiego cmentarza. Wybaczcie proszę chaotyczność i sztywność, nie mam wprawy w pisaniu tego typu tekstów. Ale, mam nadzieję, z biegiem czasu będzie coraz lepiej i kolejne wpisy nabiorą szlifu. 
A za tydzień zabiorę Was w miejsce całkiem odmienne - na moje małe, lokalne "Mazury"...

piątek, 29 października 2021

Tu narodził się Bytom

Wzgórze Małgorzatka. Niepozorne, z małym neogotyckim kościółkiem i cmentarzem. Miejsce bardzo urokliwe, zaciszne i klimatyczne ale... dla turysty nastawionego na zwiedzanie i kolekcjonowanie wrażeń nic ciekawego...

Takie myślenie to gorzej niż zbrodnia - to błąd! Wzgórze to jest grodziskiem, to tutaj w XI wieku książę Bolesław zwany Chrobrym miał według podania zbudować gród, od którego początek wzięło późniejsze miasto.  Wiek później - to już nie podanie a fakt historyczny - znalazła tu swoją siedzibę kasztelania przy której rozwinął się ważny ośrodek handlowy. Proszę zatem o ciszę bo, było nie było, jesteśmy na porodówce. I to nie byle jakiej, nie urodzili się tutaj przecież pojedynczy ludzie ale całe miasto. Należy się w związku z tym temu miejscu porządna dawka szacunku.

Na terenie kasztelanii, która istniała w tym miejscu do XIV wieku, książę Bolesław Kędzierzawy ufundował pierwszy kościół pod wezwaniem świętej Małgorzaty. Była to budowla kamienna, w stylu romańskim zbudowana na planie prostokąta. Wiemy (mniej więcej) jak wyglądał dzięki tympanonowi Jaksy znajdującemu się we Wrocławiu, na którym bytomski kościół został umieszczony. Niestety pierwotna budowla nie przetrwała długo - została prawdopodobnie zniszczona wraz z grodem przez husytów w roku 1430. W 1598 roku, czego dowiadujemy się z dokumentów wizytacyjnych biskupa krakowskiego Jerzego Radziwiłła, kościół na "Małgorzatce" był drewniany i w dość opłakanym stanie. W 1660-tym roku został on włączony do bytomskiej parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i odrestaurowany przez jej proboszcza księdza Józefa Nikowskiego i przetrwał do drugiej połowy XIX wieku kiedy został rozebrany. Na jego miejscu z inicjatywy ks. Norberta Bończyka i ze składek mieszkających w Bytomiu Polaków mistrz murarski Jan Kowolik zaprojektował i zbudował istniejący do dziś kościół w stylu neogotyckim. Przy kościele osiedli księża misjonarze Werbiści, którzy opiekują się parafią do tej pory - adres ich strony internetowej to: www.bytom.werbisci.pl.

Patrząc na ten niepozorny pagórek z maleńkim kościółkiem trzeba zdać sobie sprawę, że jest to nie tylko miejsce, w którym narodziło się jedno z ważniejszych śląskich miast ale też najstarsza parafia nie tylko w samym Bytomiu ale w całej okolicy. Patrzycie, moi szanowni drodzy kochani, na ogromny kawał historii Polski i Śląska. Niestety prace archeologiczne są utrudnione obecnością cmentarza i jak dotąd nie udało się odkryć pozostałości pierwotnej świątyni. Na szczęście istnieją dokumenty, dzięki którym możemy dość dokładnie prześledzić losy wzgórza i, co za tym idzie, miasta. Jeżeli będziecie kiedyś w Bytomiu koniecznie wybierzcie się na "Małgorzatkę", to tylko kwadrans pieszego spaceru od centrum miasta a, przy odrobinie wyobraźni, poczujecie klimat dawnych wieków.  Spotkacie tu Genius Loci, ducha tego miasta, przechadzającego się jego ulicami i snującego gawędę o dawnych dziejach nie tylko Bytomia, nie tylko ziemi bytomskiej ale całego Śląska, całej Polski. Bo tutaj, z czego mało kto zdaje sobie sprawę, obok Poznania, Gniezna czy Krakowa, była jedna z kolebek naszej państwowości.

A za tydzień... Cóż, mamy okres Wszystkich Świętych, czas odwiedzania cmentarzy zatem zabiorę Was na jeden z nich, bytomską nekropolię Matki Bolesnej i przeniesiemy się w czasie nie tak daleko jak dziś - tylko o sto z hakiem lat, do Belle Epoque...

piątek, 22 października 2021

Krzyże, krzyże, krzyże...

Krzyż przydrożny

Kiedyś były stałym elementem krajobrazu miast, miasteczek, wsi, przysiółków i gościńców. Ludzie stawiali je by oddać cześć Bogu, by podziękować za otrzymane łaski, były elementem pokuty za dokonaną zbrodnię (średniowieczne krzyże pokutne) czy wreszcie by, tak po prostu, zamanifestować swoją wiarę. A, zapomniałbym o jeszcze jednej ich funkcji - były i są pomnikami upamiętniającymi jakieś dramatyczne wydarzenia jak na przykład krzyż przy kopalni "Wujek" czy krzyże pod gdańską stocznią. Służyły często jako punkty orientacyjne czy drogowskazy, przy krzyżach się umawiano, od krzyży liczono odległości i po ich umiejscowieniu orientowano się w terenie (trzecia chałupa w prawo za krzyżem...). Kiedyś było ich pełno, stały wszędzie. A dziś... coraz ich mniej a te, które są stoją osamotnione, często niezauważane nawet wtedy, kiedy stanowią najmocniejszy akcent okolicznej architektury. Smutne to... 

Ten na pierwszym zdjęciu stoi w Katowicach, w dzielnicy Załęże. Pochodzi z końca XIX wieku, czyli w czasie kiedy była to samodzielna miejscowość zamieszkała przez górników zatrudnionych w kopalni "Kleofas" i hutników z nieodległej huty "Baildon" (piękny, wielki mural portretujący twórcę śląskiego hutnictwa, Johna Baildona, znajduje się przy ulicy Boheńskiego w samym centrum dzielnicy). Przyglądałem mu się dłuższą chwilę szukając dobrego kadru do zdjęcia i powiem Wam, że ludzie przechodzący mimo jakby go nie zauważali: nikt nie ściągnął czapki, nikt się nie przeżegnał, nikt nie zwolnił kroku. To pokazuje jak bardzo oderwaliśmy się od naszych korzeni, jak daleko odrzuciliśmy dziedzictwo naszych przodków, którzy sto z hakiem lat temu krzyż ten postawili jako świadectwo swojej wiary.

Krzyż przydrożny
Drugi krzyż stoi w Chorzowie przy ulicy, która wzięła od niego swoją nazwę - czyli Krzyżowej. Został ufundowany przez mieszkańców Pnioków w roku 1806 (co oznacza, że ma już ponad dwieście lat!), kiedy Chorzów jako miasto jeszcze właściwie nie istniał - tworzące go dzielnice były samodzielnymi miejscowościami: Wielkie Hajduki (dzisiejszy Chorzów Batory), Królewska Huta (współczesny Chorzów Drugi) i... Chorzów (czyli obecnie dzielnica Chorzów Stary) założony przez zakon Bożogrobców w średniowieczu. Swoją drogą - pozwólcie na małą dygresję - biednych robotników fabrycznych było stać na ufundowanie okazałego krzyża? Przecież wspomniani mieszkańcy kolonii Pnioki byli w większości hutnikami zatrudnionymi w nieodległej hucie "Królewskiej", tymi samymi jakich propaganda czasów słusznie minionych (w niektórych głowach żywa po dziś dzień) opisywała jako zabiedzonych, gnieżdżących się w ciemnych i wilgotnych mieszkaniach, nie mających czym wykarmić swoich chorych, mrących na potęgę dziatek. I co, ci biedacy wyrwali dzieciom ostatni kęs chleba by postawić krzyż? Mnie się tu coś nie spina, a Wam? Prawda jest taka, że dziewiętnastowieczni przemysłowcy o swoich pracowników dbali a ciemne i wilgotne nory w jakich mieli mieszkać "proletariusze wszystkich krajów" zanim się połączyli to mit i legenda a co najwyżej jednostkowe przypadki. Kto nie wierzy niech zwiedzi jedną ze śląskich kolonii patronackich, na przykład Nikiszowiec i zobaczy jakie warunki mieli zapewnione mieszkańcy. Oczywiście nie robili tego z pobudek altruistycznych czy dobroci serca - po prostu niedożywiony robotnik gnieżdżący się w ciemnym, niezdrowym kącie był mniej wydajny. Ekonomia nie miłosierdzie grały pierwsze skrzypce ale skutek jest na zdjęciu - hutników i górników było stać by się zrzucić i ufundować krzyż, który swoje kosztować musiał.

Krzyż pokutny
Trzeci w tym moim małym i bardzo subiektywnym rankingu będzie średniowieczny krzyż pokutny z mojego Bytomia stojący w dzielnicy Łagiewniki. Kto go postawił i kiedy - nie wiadomo (legenda głosi, że zrobili to apostołowie Słowian święci Cyryl i Metody co jest niemożliwe), podobnie jak to czy kształt litery "T" miał on od początku czy został uszkodzony gdzieś na przestrzeni wieków. Pewnym jest jedynie, że zrobił to by odpokutować dokonaną przez siebie zbrodnię, najprawdopodobniej zabójstwo. I tutaj obalić trzeba jeden z mitów jakie o średniowieczu krążą - otóż kara śmierci wcale nie była tak często stosowana jak nam się to dziś wydaje. Samo postawienie krzyża nie było, ma się rozumieć, jedyną konsekwencją jaka spotkała zabójcę. Musiał on wypłacić odszkodowanie rodzinie ofiary co najczęściej polegało na tym, że łożył on na utrzymanie wdowy i sierot. No i nie dotyczyło to zwyrodnialców czerpiących przyjemność z krzywdzenia innych czy zbójców grasujących na gościńcach, takich osobników bez zbędnych ceregieli wieszano. Nie dla zemsty ale by zlikwidować zagrożenie jakie stanowili, pamiętać trzeba, że więzień w dzisiejszym rozumieniu tego słowa wtenczas nie było i nie dało się takich delikwentów od społeczeństwa odizolować. Tak sobie myślę, że było to logiczniejsze i rozsądniejsze od dzisiejszego prawa, które zbrodniarza każe wsadzać do więzienia a jego ofiary - bo przecież rodzina zamordowanego to też są ofiary morderstwa - pozostawia własnemu losowi.

Dlaczego wybrałem te trzy?  Przyznam całkiem szczerze, że do końca nie wiem pewny byłem tylko tego ostatniego. Pierwszy mijam codziennie w drodze do pracy, drugi ma ciekawą - moim zdaniem - formę... Zresztą wykorzystałem ten tekst trochę jako pretekst by opowiedzieć trochę o historii i zburzyć utrwalone w niektórych głowach przesądy na temat czasów dawnych i jeszcze dawniejszych. Bo z jednej strony były one inne, nawet bardzo inne, od tych nam współczesnych ale z drugiej żyli w nich ludzie praktycznie tacy sami jak my - ze swoimi wadami i zaletami. Czy mi się udało? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem ale będę próbował stale bo, tak uważam, warto i trzeba.

niedziela, 17 października 2021

Krakowskie impresje

Brama Floriańska
Ostatnim razem w królewskim grodzie byłem bodajże trzy lata temu. A może cztery? Kurcze, nie pamiętam, ale w moim wieku skleroza to bardziej norma niż anomalia. W każdym razie zbyt dawno i zacząłem normalnie tęsknić za tą atmosferą jednocześnie pełną królewskiego majestatu i urlopowego luzu. To jedyne chyba takie miejsce w Polsce (a może i na świecie) gdzie nikogo by nie dziwiło gdyby sam książę pan albo nawet król jegomość spacerowałby w trampkach, z plecakiem, robił sobie słitfocie na rynku, pił piwo przy stoliku ustawionym na bruku i wcinał pierogi aż by mu się uszy trzęsły. Ortodoksów etykiety proszę, żeby się nie czepiali - w końcu tutaj "chodzi się z księżycem w butonierce", "złote nuty spadają na rynek" a sztywne reguły gną się niczym trzciny na wietrze - zatem i najjaśniejszy pan może sobie trochę pofolgować. To miasto jest tak cudownie inne, że nie sposób go opisać normalnymi, suchymi słowami turystycznego przewodnika. No chyba, żeby skupić się wyłącznie na technikaliach - architekturze, historii, założeniu urbanistycznym i tak dalej, ale wtenczas zabije się jego cały urok profesorsko - doktorskim bełkotem pasującym raczej do sal wykładowych niż krakowskiej przestrzeni. Przecież tutaj nawet oddycha się inaczej...

Przyjechałem do królewskiego grodu by, jak to się dzisiaj mówi, naładować akumulatory. Aczkolwiek to nie jest dobre określenie, moje ogniwa energetyczne działają całkiem sprawnie a szwankować zaczęło oprogramowanie i sterowniki. Potrzebowałem aktualizacji i resetu bo coraz częściej zacząłem się zawieszać i łapać bugi. I powiem Wam, że się udało. Włóczyłem się całkiem bez celu szlifując staromiejskie bruki, przełączyłem się w tryb bezmyślenia, tu wpadłem na kawę, tam na ciacho, gdzie indziej wtrząchnąłem kilka pierogów popiwszy piwem... Gdyby ktoś chciał poczuć atmosferę cesarsko - królewskiej Galicji to koniecznie musi odwiedzić Jamę Michalika, jeżeli bardziej odpowiada mu swojska atmosfera karczmy to bombowo poczuje się w Stodole. Bez przymusu oczywiście, knajp i knajpek jest tutaj zatrzęsienie, trzeba tylko uważać na zawartość portfela bo bardzo łatwo można wydać wielki pieniądz nawet się nie zorientowawszy. Ale tuszę, że rozum każdy w głowie ma i potrafi z niego korzystać. 

A wieczorem poszedłem pod Wawel, nad Wisłę i długo siedziałem na ławce gapiąc się w migoczące, odbijające się w wodzie światła miasta. Dopiero gdy zrobiło mi się zimno, czyli gdzieś koło północy, poszedłem do hotelu i padłem w objęcia Morfeusza niczym ścięty. 

Mój reset się udał, zdebugowałem umysł i mogę znowu brać się za bary ze światem. Za chwilę muszę się wymeldować, zarzucić plecak na grzbiet i do wieczora dalej się włóczyć. Po drodze pójdę na Mszę Świętą, może do Świętej Barbary przy Rynku? Potem jakiś obiad, może znowu piwko, odwiedzę też z całą pewnością Smoka pod Wawelem i pójdę na dworzec ruszyć po szynach ospale do mojego Bytomia. Też miasta z długą i zawiłą historią, które jednak swoją atmosferę głęboko ukryło. Opowiem Wam o nim jak się tylko zbiorę bo najtrudniej zachwycić się tym, co ma się na stałe przed nosem...

czwartek, 14 października 2021

Trochę rozrzewnionych wspomnień...

Kopalnia "Wujek"

Urodziłem się w latach siedemdziesiątych za wczesnego Gierka. Ja wiem, że tacy starzy ludzie, którym w żyłach nie burzy się krew tylko lasuje wapno, nie powinni umieć w internety, nie powinni pisać bloga a raczej staroświecki memuar albo diariusz w oprawnym w skórę notatniku. No cóż, jestem nietypowy, w cyfrowym świecie czuję się dobrze do tego stopnia, że już dawno niemal nie używam tradycyjnych mediów (z wyjątkiem, od czasu do czasu, radia). Urodziłem się zatem dawno i miałem wspaniałe dzieciństwo w czasach siermiężnej komuny. Nie bogate, nie opływające miodem i mlekiem ale szczęśliwe i beztroskie. Największą traumą moich młodych lat był brak teleranka pewnej pamiętnej, grudniowej niedzieli. 

Mieszkałem wtenczas, do dzisiaj zresztą mieszkam, na Śląsku, pośród hut i kopalń. Kiedy, po wspomnianej niedzieli, Tato pewnego dnia nie wrócił z pracy o zwykłej porze Mama tłumaczyła mi, że musiał zostać dłużej bo wystąpiła jakaś awaria. Była przy tym dziwnie zdenerwowana ale wtedy niczego nie podejrzewałem, zdarzało mu się to od czasu do czasu, pracował w hucie jako elektryk i awarie wchodziły w zakres jego obowiązków. Dziś wiem, że brał udział w strajku, a że było to już po pacyfikacji kopalni "Wujek" (na zdjęciu) to mamine zdenerwowanie już mnie nie dziwi. Wszystko skończyło się na szczęście dobrze, dwa (a może trzy?) dni później Tata wrócił do domu a ja okres smuty jaką była bez wątpienia wojna polsko - jaruzelska przetrwałem bez jakichś większych wstrząsów. Chodziłem do szkoły podstawowej "ucząc się pilnie przez całe ranki z komunistycznej, pierwszej czytanki" a potem do średniej, gdzie zastał mnie upadek komuny (na cztery łapy). 

A potem trzeba było wziąć życie za bary i pójść do roboty. Łatwo nie było. W ramach "uzdrawiania gospodarki" większość starych przedsiębiorstw padła a nowe jeszcze nie powstały. Parałem się różnych robót: sprzątałem śmietniki, myłem klatki schodowe, rozdawałem ulotki, projektowałem reklamy i je wieszałem, handlowałem na targowisku kosmetykami, sprzedawałem znicze pod cmentarzem... Nie wstydzę się żadnej z nich (dziś, wtedy niektóre powodowały... hmm... dyskomfort i strach, że kumple zobaczą), wszystkie były uczciwe a ja mogłem być, o tyle o ile, niezależny i samowystarczalny. Choć było biednie i trochę zazdrość mną szarpała kiedy patrzyłem na dobrze ustawionych znajomków. Pamiętam nawet, że miałem lekkie pretensje do moich świętej pamięci Rodziców o to, że nie byli partyjnymi karierowiczami, że nie ustawili się na "pool position" na starcie do nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. Szybko mi na szczęście przeszło a dziś jestem z nich cholernie dumny - byli najwspanialszymi ludźmi jakich znałem, najuczciwszymi pod słońcem, o gigantycznych sercach i równie gigantycznej mądrości. Bardzo mi ich dzisiaj brakuje, straszliwie za nimi tęsknię i czuję wielką pustkę nie mogąc się ich poradzić, wygadać przed nimi czy zwyczajnie posiedzieć i pomilczeć wspólnie. 

Potem było różnie. Zaoczne studia, lepsza robota, wyższe zarobki i nagle markowe ciuchy, imprezy w dobrych knajpach, urlop w modnym miejscu stały się sensem życia. Stałem się korposzczurem coraz bardziej pustym w środku, coraz mniej ludzkim, starającym się upodobnić do tych wszystkich "ludzi sukcesu" patrzących na świat z góry pogardliwym wzrokiem przejedzonego smoka, który zaraz puści pawia od nadmiaru ale natura każe mu żreć dalej. I żarłem dalej aż w końcu organizm nie wytrzymał i się porzygałem. Psychicznie. Napisałem o tym parę słów w pierwszym wpisie ("Piwo ze szczenięcych lat"), nie będę się zatem powtarzał. W każdym razie życie przestało mi smakować jak człowiekowi, który zatruł się swoimi ulubionymi śledziami po japońsku i przez długi czas nie mógł na nie patrzeć o cieszeniu się ich smakiem nie wspominając. To był paskudny czas i tylko dzięki temu, że bałem się sprawić zawód Rodzicom udało mi się go przetrwać. 

Nie piszę tych słów by się żalić czy wzbudzić czyjeś współczucie, mam to już za sobą i znowu cieszę się jak dziecko każdą chwilą. Trzasnąłem papierami w korporacji, robię to co lubię i mimo mniejszych pieniędzy czuję wreszcie, że żyję. Chłonę wschody słońca, wcinam na śniadanie bułkę z kefirem, włóczę się po bezdrożach i mam w głębokim poważaniu projekty, plany, deadline'y, dress code'y i te wszystkie wynalazki służące tylko temu, by przerobić człowieka na niewolnika, który ze swojego niewolnictwa czyni atut i clue swojego życiowego programu. No i rzecz najważniejsza - wtedy miałem znajomych, z którymi wypadało się pokazywać w dobrych knajpach na imprezach a dziś mam przyjaciół, z którymi CHCĘ chodzić gdziekolwiek. A oni CHCĄ chodzić w to samo gdziekolwiek ze mną. I za to chcenie chciałem im z tego miejsca gorąco podziękować - nigdy się Wam nie zdołam odwdzięczyć za dobro, które od Was otrzymałem. Chciałem też podziękować moim Rodzicom - wiem, że to czytają, przecież w Niebie też jest internet - i poprosić ich, żeby na mnie poczekali. Nie spieszę się, ale przecież w wieczności te kilkadziesiąt lat jakie, mam nadzieję, powłóczę się jeszcze po ziemi to nie jest jakiś problem, prawda?